margin.center

Z Patrycją Dołowy: Zawsze nie zasługujesz.

Słowo „artystka” w tej rozmowie nie pojawia się jako oczywista etykieta. Raczej jako coś, do czego dochodzi się przez ostrożność, rodzinny lęk przed niepewnym zawodem, biologię wybraną jako bezpieczniejsza noga, pisanie do szuflady, czarną teczkę z pracami i długie rozdzielanie światów, które trudno było ze sobą pogodzić. Patrycja Dołowy opowiada o twórczości jako przestrzeni, w której można wreszcie oddychać własnym językiem, choć zanim ten język zostanie usłyszany, trzeba jeszcze przejść przez wstyd, syndrom oszustki i cudze oczekiwania. Dalej rozmowa odsłania codzienność artystycznego życia: rozpoznanie bez stabilności, zachwyt bez przelewu, widzialność wymagającą twarzy, ciała i historii. Instytucje chcą gotowych opisów, wydawnictwa patrzą na zasięgi, granty każą przewidywać przyszłość, a rynek bardzo szybko uczy się opowiadać osobę razem z jej pracą. Twórczość zaczyna więc działać szerzej niż dzieło — obejmuje język o sobie, relacje, dokumentację, drugie źródła utrzymania, odmowy i ciągłe dopasowywanie własnej praktyki do formatów, które decydują o dostępie. Simona i Patrycja rozmawiają też o sztuce jako schronieniu. Literatura pozwala się ukryć, teatr oddaje głos komuś innemu, performans wystawia ciało, a trauma potrafi wrócić jako materiał, którego nie da się już odłożyć poza pracę. W tej przestrzeni jest wolność, lecz jest też koszt: ryzyko, że własna biografia zacznie pracować za dużo, że twarz stanie się częścią wartości, że pomysł oddany w formularzu wróci kiedyś w cudzym, bezpieczniejszym języku. To odcinek o życiu po zachwycie. Po zdaniu „to było ważne”, po dobrym odbiorze, po zaproszeniu, po chwilowym świetle. Zostają rachunki, zmęczenie, kolejny wniosek i pytanie, jak tworzyć dalej, kiedy sztuka jest jednocześnie domem i miejscem, które trzeba utrzymać własnym kosztem.

Gość: Patrycja Dołowy

Praca artystyczna rzadko mieści się w obrazie pracy. Nie zaczyna się punktualnie, nie kończy wraz z wyłączeniem komputera, nie zostaje w pracowni po zamknięciu drzwi. Przenosi się w sen, w ciało, w relacje, w rozmowy, w napięcie przed wysłaniem aplikacji, w poczucie, że trzeba jeszcze raz opisać siebie tak, żeby ktoś zrozumiał wartość tego, co dopiero próbuje powstać. Bojana Kunst w książce Artysta w pracy pisze o bliskości sztuki i kapitalizmu. Ta bliskość jest podstępna, bo kapitalizm przejął z pola sztuki dokładnie te cechy, które długo uchodziły za znaki wolności: elastyczność, ruch, nieprzewidywalność, pracę sobą, brak wyraźnego podziału między życiem a tworzeniem. To, co miało odróżniać artystkę od świata zwykłej produkcji, stało się wzorem dla świata pracy bez stabilności, przerwy i zabezpieczenia. Artystka wytwarza więc więcej niż dzieło. Wytwarza warunki, w których dzieło może zostać rozpoznane. Wytwarza własną czytelność: biogram, język praktyki, temat, historię, obraz osoby, która może zostać zaproszona, opisana, umieszczona w programie. Wytwarza podmiotowość zdolną do obiegu. Musi być wystarczająco osobna, żeby była interesująca, i wystarczająco zrozumiała, żeby system potrafił ją obsłużyć. W tym miejscu pasja zaczyna pracować przeciwko osobie, która ją niesie. Skoro tworzenie jest potrzebą, łatwiej uznać, że wydarzy się mimo wszystko. Skoro wynika z biografii, łatwiej potraktować je jak coś naturalnego. Skoro daje sens, można przemilczeć jego koszt. Pasja staje się cichym wkładem własnym: dopłatą z czasu, zdrowia, niepewności, prywatnych pieniędzy, kontaktów, odporności i zdolności do dalszego działania. Kunst opisuje też przymus aktywności, który otacza sztukę współczesną. Trzeba być w procesie, w projekcie, w rozmowie, w obiegu, w sieci, w reakcji. Trzeba komentować, aplikować, uczestniczyć, inicjować, dokumentować, być gotową na kolejną możliwość. Nawet krytyczność może stać się formatem. Nawet odmowa może zostać opisana jako strategia. Nawet zmę