margin.center

Z Betty Q: Jestem w ciągłym zapaleniu.

Ta rozmowa wyrasta z doświadczenia przeciążenia: z bólu, z wyczerpania, z życia prowadzonego w rytmie, którego ciało coraz wyraźniej nie wytrzymuje. Betty Q mówi o fibromialgii, o pracy wykonywanej własnym kosztem, o widzialności wymagającej formy, energii i gotowości nawet wtedy, gdy wszystko zaczyna się rozsypywać. W miejsce scenicznego wizerunku wchodzą tu rzeczy zwykle spychane na margines: ograniczenie, zależność, codzienna walka o podstawowe funkcjonowanie. W rozmowie wybrzmiewa też materialny i polityczny wymiar tego stanu. Praca w kulturze, queerowym środowisku i obiegach równościowych odsłania swój rachunek: chroniczne niedofinansowanie, symboliczne gesty zamiast realnego wsparcia, uznanie pozbawione zaplecza. Scena przestaje być przestrzenią oparcia, a staje się miejscem dalszego zużycia. Razem z tym przychodzi pytanie o cenę wieloletniego działania na froncie. Między Simoną a Betty Q pojawia się wspólna częstotliwość: próba uchwycenia nowej formy obecności, pracy i ekspresji. Stawką staje się relacja z własnym ciałem, inne tempo, inny ciężar gestu, inny sposób bycia na scenie i poza nią. To rozmowa o szukaniu formy, która pomieści kruchość, ból i sprawczość jednocześnie.

Gość: Betty Q

Są rozmowy, do których nie wchodzi się wyłącznie językiem. Wchodzi się do nich stanem ciała. Znużeniem, które osiada głębiej niż nastrój. Zmęczeniem odkładanym tak długo, aż zaczyna organizować wszystko: sposób mówienia, sposób poruszania się, sposób bycia z innymi. Wtedy uwaga przesuwa się ku granicom, ku miejscom, w których coś się zacina, niedomaga, odmawia współpracy. Ciało traci przezroczystość i zaczyna mówić własnym językiem — bólem, bezwładem, pustką, która potrafi przyjść nawet po czymś, co z zewnątrz wygląda jak sukces. Właśnie stamtąd bierze początek ta rozmowa: z pytania o koszt. O to, ile naprawdę pochłania trwanie w obiegu, który domaga się obecności, wydajności, wdzięku i gotowości. Interesuje mnie ten moment, w którym przestaje działać mechanizm podtrzymywania formy, a wyraźniej widać przeciążenie, warunki pracy, ekonomiczny przymus dalszego działania i całą infrastrukturę milczenia, w której wciąż trzeba wyglądać na osobę dzielną, sprawczą i możliwą do użycia. W takim momencie bardzo łatwo zamknąć doświadczenie ciała w języku prywatnej awarii: słabości, niedyspozycji, braku odporności. Wszystko zostaje wtedy sprowadzone do jednostkowego problemu, do czegoś, co dzieje się „we mnie”, a nie między mną a światem. Właśnie ten porządek odwraca Johanna Hedva. Wychodzi od ciała, które nie może wyjść na ulicę, dołączyć do protestu, wstać z łóżka, i pyta, co wtedy zostaje z naszego wyobrażenia polityczności. To pytanie rozsadza prosty podział, w którym działanie należy do sfery publicznej, a to, co dzieje się z ciałem w domu, zostaje zepchnięte do prywatności. Kiedy polityczność mierzy się widzialnością i obecnością w przestrzeni wspólnej, całe grupy ludzi wypadają poza kadr: osoby chore, niepełnosprawne, unieruchomione, wyczerpane, osoby opiekuńcze, te wszystkie, których życie nie układa się według rytmu mobilności i gotowości. U Hedvy właśnie stamtąd najlepiej widać ograniczenia samej definicji polityki. Kruchość nie pojawia się dopiero w kryzysie; towarz